Las tylko lasem chciał być, niczym więcej
![]() |
| fot. Eliza Kowalczyk |
Wiem, jak to jest, kiedy człowiekowi jest zimno w środku, choć przecież miał się tam palić spokojny płomień. Wiem też, jak to jest, kiedy wiatr i śnieg smagają ci twarz na górskiej grani, ale przecież wytrzymasz, bo masz w termosie ciepłą herbatę. A na końcu i tak czeka schronisko, więc niech tylko uda się do niego bezpiecznie dotrzeć.
Ale nie wiem jak to jest kiedy spędzasz tygodnie w zimnym lesie i nie wiesz, co będzie dalej. I czy ten koszmar kiedykolwiek się skończy.
Listopad 2021
W Krakowie padał dziś pierwszy śnieg. Pierwszy śnieg zawsze oznaczał dla mnie sezon na (przed)świąteczną herbatę. Z sokiem malinowym, imbirem i pomarańczą. Dziś nie mogę pić herbaty, bo myślami znowu jestem w podlaskich lasach. Mam świadomość, że są tam osoby, które mają zimne ręce, stopy i przemoczone ubrania. Wiem, że są tam dzieci, które zamiast myśleć o bitwie na śnieżki i lepieniu bałwana, marzą o ciepłej zupie i suchych rzeczach. A ja, choć siedzę w ciepłym mieszkaniu, to jest mi przeraźliwie zimno w środku. Wysyłam na północny wschód wyjątkowo silne strumienie ciepłych myśli.
Kiedy zaczęłam intensywniej czytać o kryzysie migracyjnym przy granicy polsko-białoruskiej, pierwsza emocja, która przyszła mi do głowy to niedowierzanie. Że w XXI wieku ktoś dosłownie umiera z zimna w lesie i nie ma odpowiedniego dostępu do pomocy medycznej. Im dłużej zgłębiałam ten temat, tym mocniej czułam, że muszę coś zrobić. Jeśli mogę coś zmienić, to chcę to zrobić, bo w środku zaraz mnie rozniesie, dosłownie. Okazało się, że organizacja w której działam zamierza kontynuować prowadzenie dyżurów medycznych na Pograniczu, zapoczątkowane przez inicjatywę Medycy na Granicy. Wtedy już wiedziałam, że przeorganizuję mój sztywny, szpitalny grafik w taki sposób, żeby móc jechać na Podlasie.
- Z czym tam jedziesz, z jaką myślą?
- Nie jadę z myślą. Jadę z historią. Z historią młodego Syryjczyka, z którym rozmawiałam na targu w Trypolisie. I który opowiadał, że jego marzeniem jest dostać się do Europy, żeby w końcu poczuć się bezpiecznie i uciec przed wojną. Z historią Michała, który będąc w górskiej chatce w Kobayacie widział jak nad Syrią latają bomby, a nad Libanem niebo jest wyjątkowo spokojne. Odległość w linii prostej między tymi miastami wynosiła max. 20 km.
Z doświadczeniem pracy w libańskim szpitalu, gdzie kontakt był świetną lekcją symetrii. Gdzie bariera językowa schodziła na dalszy plan, bo okazało się, że jesteśmy uszyci z podobnych potrzeb. Kiedy nie dało się czytać ze słów, czytało się z mimiki i gestów.
A przede wszystkim mam w głowie tekst Ani, który teraz rezonuje bardziej niż kiedykolwiek:
„Co oni wszyscy mają ze sobą wspólnego? Nic. Tylko straszne wspomnienia, złe sny i etykietkę z napisem „uchodźca”. Chociaż niektórym nie należy się nawet etykietka. Ci, którzy ją dostali, mogą być za nią co najwyżej poklepani po plecach, albo oberwać w mordę, bo dla nas jest czarna i obca. Dlatego bawiąc się w ręku pustym kieliszkiem nie pytaj mnie, co myślę o uchodźcach. Nie pytaj o etykietkę, stempelek na dokumentach, pismo z sądu, czarny paszport. Zapytaj o człowieka i jego historię. Wtedy porozmawiamy”*
Kiedy dwa lata temu brałam udział w rekrutacji terenowej do Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM), jednym z nocnych zadań było odnalezienie grupy obcokrajowców w lesie, ustalenie co się stało i udzielenie im pomocy medycznej. Nigdy bym nie pomyślała, że dwa lata później będę robić to samo, nie na misji zagranicznej, tylko we własnym kraju… I z jednej strony zastanawiam się: w jakim świecie żyjemy? Żeby trzeba było biegać po lesie i to jeszcze tak, żeby nikt cię nie zauważył, żeby móc pomóc człowiekowi. Ale z drugiej – być przy tych ludziach w momencie, kiedy zaufali ci na tyle, żeby się otworzyć i podzielić swoją historią – to zaszczyt. Bardzo trudny emocjonalnie zaszczyt. Mam świadomość, że medycznie mało rzeczy mnie zaskoczy. Ale kaliber historii, jaki ci ludzie noszą w sobie… Jest niesamowicie duży.
Siedzisz w bazie, czekasz na wezwanie. Sprzęt i leki są sprawdzone i przygotowane. Pakiety humanitarne spakowane do samochodu. I nagle dowiadujesz się, że granice są super szczelne i ludzie utknęli w strefie objętej stanem wyjątkowym, do której ty nie masz wstępu. Być tak blisko i nie móc nic zrobić... Bezradność to najtrudniejsza emocja na tej misji. Emocja, która rodzi frustrację. I musisz mieć niesamowitą dyscyplinę duchową, żeby tej swojej frustracji nie wylewać na innych członków zespołu. Nagle okazuje się, że telefon dzwoni. Mamy wezwanie. Ustalamy szczegóły i zbieramy się do wyjazdu.
No i jedziesz do grupy uchodźców, którzy są w drodze od półtora miesiąca. Ból brzucha, dwie niegroźne rany i opowieść. O tym, że kobieta jakiś czas temu straciła swoje roczne dziecko na Białorusi. Zaczyna płakać. Opowiada, że w Syrii była pediatrą, a teraz w tym lesie jest nikim. I jedyne co możesz zrobić, to dać jej herbatę, opatrzyć ranę, przytulić, wysłuchać i zapewnić, że nie jest nikim. Jest wartościowym człowiekiem. I, że jesteśmy tutaj dlatego, że jej los nie jest nam obojętny. Że gdybyśmy teraz, tutaj otworzyli szpital, to ona pracowałaby na równi z nami. Bo na pewno jest świetnym lekarzem. Pytasz o imię dziecka, o ulubioną zabawkę, a ona płacze i opowiada. A ty ją mocno przytulasz.
I łzy ciekną ci ciurkiem. Ale robisz, co możesz. Dajesz wsparcie i ten ułamek bezpieczeństwa, którego tak bardzo potrzeba w środku ciemnego lasu.
Ludzie, których spotkałam w lesie to nie „hołota”, jak się niektórym wydaje. To lekarze, inżynierowie, osoby z wyższym wykształceniem. I choć nie uważam, żeby dyplom był wyznacznikiem czegokolwiek, po prostu zwracam uwagę na to, że nawet osoby z wyższym statusem społecznym zdecydowały się na wyjazd z kraju, w którym nie czują się bezpiecznie. I być może nawet doskonale wiedzieli, że będą musieli przedzierać się przez las. Ale dopóki nie zaczniesz i nie okaże się, że pobyt w tym lesie trwa o wiele za długo, a na dodatek jesteś ciągle przepychany z jednej strony na drugą, to… zaczyna do ciebie docierać, że jesteś w pułapce. Zaczynasz się bać, bo nie wiesz, co będzie dalej. Tracisz członków rodziny, którzy toną w bagnach albo umierają z zimna. To jest cena, której żaden człowiek nie jest gotowy zapłacić. Koszty, które nikomu nie przyszły do głowy, kiedy podejmował decyzję o wyjeździe.
Walczmy o szczelną granicę… Człowieczeństwa. I o umiejętność zauważenia człowieka w człowieku.
„Las tylko lasem chciał być, niczym więcej...”
*tekst autorstwa Anny Wilczyńskiej - islamistablog.pl


Komentarze
Prześlij komentarz